Linux Mint 12 – pierwsza aktualizacja

Dodaj komentarz

Zauważyłem, że procesor czasem bywa zajęty w 100%, pozornie bez powodu. Poznałem to, bo na szczęście LXDE (używam środowiska LXDE, ponieważ GNOME 3 nie nadaje się do niczego; to zresztą temat na oddzielny wpis) ma domyślnie „CPU usage monitor” na pasku zadań. W windowsie nacisnąłbym crtl+alt+delete i sprawdził procesy. Tutaj odpalam terminal i wydaję polecenie:
top
update-apt-xapi

Tak znalazłem winnego: update-apt-xapi. Nie pokazało się żadne powiadomienie – nic, tylko to coś w tle. Po kilku minutach samo się wyłączyło.

Czym jest  update-apt-xapi? Internet mówi, że to pakiet update-apt-xapian-index, który indeksuje pakiety, celem przyśpieszenia ich wyszukiwania.

Dobra, niech tam będzie, ale jeśli będzie odpalało się tak często, to w końcu to wyłączę, bo wolę już wolniejsze wyszukiwanie, niż szalejące, nie wiadomo kiedy, procesy w tle. Pewnie gdybym oglądał akurat filmik na youtube, albo w coś grał, to by mi nieźle zmuliło kompa i bym się wkurzył. (EDIT: albo i nie, bo NI, czyli „nice” jest ustawiony dla procesu na 19 – a im wartość ta jest większa, tym priorytet mniejszy).

To mi przypomniało o aktualizacji systemu (konkretnie to słowo „update”). Odpalam Update Menagera. 239 MB do pobrania. Wiem, że system może tego nie przeżyć, mimo to klikam w Install Updates.

System przeżył, ale pewnie dlatego, bo jądro jest te same. Firefox 7 przeskoczył od razu do wersji 9.

Reklamy

Linux Mint 12 – instalacja

Dodaj komentarz

Myślę, że ten wpis będzie pierwszym z serii wpisów o systemach Linux.

Mint 12 mieści się na jednej płycie DVD (1,1 GB). Ja do Linuksów używam zaledwie kilku płyt typu RW i gdy wychodzi nowsza wersja jakiejś dystrybucji, kasuję starą, a nagrywam nową wersję.

Płyta uruchamia się jako live DVD, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Dzięki temu podczas instalacji systemu nie musimy się nudzić, tylko możemy korzystać z komputera. Z systemu live łatwo też możemy naprawiać system, co w moim przypadku oznacza zazwyczaj reinstalację GRUB-a, po zchrootowaniu się do systemu, albo korzystanie z programu GParted.

Właściwa instalacja systemu

Jako język systemu wybieram angielski, bo nie lubię mieć połowy rzeczy po polsku a połowy po angielsku. Kiedyś używałem polskich lokalizacji, ale gdy któregoś kolejnego razu, gdy w konsoli pojawiło się do wyboru T/N  a i tak musiałem wpisywać „y”, bo „t” nie działało, uznałem, że to nie ma sensu.

Automatycznemu partycjonowaniu nie ufam ani trochę, wiec wybieram opcję ręczną.

Przyzwyczaiłem się już do tego, że system nazywa mój dysk „sda”, chociaż to nie jest SATA. Do tego, że /mnt/ poszło w odstawkę na rzecz  /media/ także. I również do tego, że nowsze systemy niechętnie patrzą na instalację bootloadera gdzie indziej niż w MBR.

Strefę czasową, układ klawiatury i nazwy userów, wybieramy już w czasie, gdy system się instaluje. Sprytne rozwiązanie skracające czas instalacji.

Nie szyfruję katalogu /home, bo jest to zabugowane i nie wiedząc o tym, musiałem kilka razy reinstalować linuksa. Zresztą od szyfrowania to ja mam Truecrypt.

Podczas instalacji oglądamy reklamowy slideshow. Mamy nawet kontrolę nad wyświetlaniem! Ale i tak nic już nie pobije windowsowego hasła „nowy ekscytujący wygląd”.

Po skopiowaniu plików system zaczął ściągać z netu language packs.  Instalacja przedłużyła się o około 15 minut. Takie coś nie powinno mieć miejsca. W ogóle co to za bezsens, wybrałem język angielski, a nawet gdybym wybrał chiński, to przecież pliki językowe nie powinny tyle ważyć.

Pierwsze uruchomienie

GRUB prawdopodobnie jakoś się odpalił, ale go nie widziałem. Monitor za to wywalił komunikat o nieoptymalnej rozdzielczości.  Linux sam się uruchomił, prawdopodobnie dopiero przez timer, bo wciskałem enter i nie zareagował.

No to konsola i

sudo gedit /etc/default/grub

dodałem wpis (a raczej go „odkomentowałem”)

GRUB_GFXMODE=800x600

Pozmieniałem tam przy okazji kilka innych rzeczy.

I w konsoli:

sudo update-grub

Mogłem się w końcu cieszyć działającym linuksem.